>

Rozmowa z Weroniką Idzikowską, animatorką, koordynatorką projektu „DIY. Tryb warunkowy”:

Animacja zasadza się na pewnego rodzaju konfrontacji – spotkaniu z drugim człowiekiem. To na tej linii przecięcia wydarza się sytuacja animacyjna.

Elżbieta Kaproń: Dlaczego uruchomiliście w ramach Małopolskiego Instytutu Kultury projekt „DIY. Tryb warunkowy”? Chcieliście nauczyć ludzi, jak mogą zostać animatorami i budować projekty społeczno-kulturowe?

Wera Idzikowska: Na wstępie trzeba sobie powiedzieć, że bycia animatorem nie można nikogo nauczyć, to jest rodzaj postawy wobec świata i – co ważne – ta postawa może wyrażać się w rozmaity sposób, nie ma jednego modelu działania, bo każdy model zasadza się na osobowości animatora. Myślę tu o postawie otwartości na drugiego człowieka i ciekawości świata. Być może brzmi to banalnie, ale właśnie z tej postawy wyrasta zaangażowanie w świat. W przypadku animatora – jest to zaangażowanie czynne, próba działania w świecie i wobec tego świata. Inaczej możemy mówić o pewnej skłonności do dokumentalizmu, o byciu badaczem. Obserwowaniu, wyciąganiu wniosków, konstruowaniu opinii i znaczeń. Animator musi te konstrukcje dodatkowo podważać w działaniu, skonfrontować z rzeczywistością.

Dlatego nie mogę powiedzieć, że „DIY. Tryb warunkowy” jest projektem jedynie edukacyjnym. Oczywiście, uczestnicy projektu dostają od nas konkretne narzędzia, uczestniczą w licznych warsztatach. Ale dla mnie „DIY. Tryb warunkowy” to przede wszystkim pole doświadczalne, laboratorium możliwości. Lokalni animatorzy współpracują z doświadczonymi animatorami nie po to, żeby zdobyć wiedzę, jak być animatorem, ale żeby skonfrontować swoje przekonania, spotkać się z kimś, kto równie mocno jak oni jest zainteresowany takim sposobem dialogowania ze światem, w tym konkretnym przypadku z daną społecznością lokalną. Jasne, istnieją uchwytne narzędzia pracy, których używania lokalni animatorzy mogą nauczyć się od swoich doświadczonych towarzyszy – instrukcja, jak budować projekt, jak zrobić diagnozę lokalną czy skąd pozyskać środki finansowe na swoje działanie, albo jak poprosić księdza, żeby ogłosił z ambony, że startuje projekt, ale to są narzędzia, którymi mogą się posługiwać zarówno animatorzy, jak artyści, architekci czy ekolodzy. Nie są to narzędzia, których poznanie uczyni nas animatorami.

EK: Skąd w takim razie czerpać wiedzę na temat tego, jak być animatorem? Przypatrując się pracy innych animatorów? Naśladując bardziej doświadczonych, powtarzając ich kroki na polu animacji?

WI: Nie chodzi o to, żeby naśladować, powtarzać albo przyjmować czyjeś wypowiedzi o świecie za pewniki. Raczej o to, żeby pozyskać pewną wiedzę, informacje, a potem je zdetonować na swoim podwórku i zobaczyć, jak to działa. I czy to działa na nas, czy może w ogóle. W jakim kierunku to promieniuje. Animacja zasadza się na pewnego rodzaju konfrontacji – spotkaniu z drugim człowiekiem. To na tej linii przecięcia wydarza się sytuacja animacyjna. Ja na przykład mam kilkoro znajomych, którym opowiadam, co aktualnie robię i co na ten temat myślę, dyskutujemy o tym, podważamy, rozciągamy perspektywę. Albo kiedy przeczytam książkę, dzwonię do któregoś z nich, żeby pogadać o tym, co mnie w tej książce poruszyło, a jeśli nic mnie nie poruszyło, to dlaczego. I vice versa. To bardzo ważne, żeby nie żyć w próżni. Żeby zadawać pytania, dyskutować, szukać, konfrontować się z myślami innych, z tym, jak odbierają nasze działania i opinie. Dla mnie animacja społeczno-kulturowa w ogóle opiera się na uruchamianiu dyskursów mniej lub bardziej publicznych i ma znamiona wypowiedzi obywatelskiej.

EK: Co masz na myśli?

WI: Wiesz, nawet jeśli potraktujemy animację społeczno-kulturową jako organizowanie zabaw dla dzieci w czasie wolnym od szkoły, to  działanie wypełnia jakąś przestrzeń publiczną w konkretnym celu – w tym przypadku, żeby oderwać dzieciaki od komputerów albo zapewnić im rozrywkę pozwalającą się wyszaleć i zintegrować. To akt obywatelski w tym sensie, że ja wyrażam określony i aktywny stosunek do społeczeństwa, w którym się znajduję: „Dzieci mają prawo do zabawy po szkole, pozwólmy dzieciom się bawić” albo „Komputer źle wpływa na relacje międzyludzkie, wyjdźmy na podwórko i poznajmy się”. Wchodząc w przestrzeń publiczną i działając w niej, przestaję być osobą prywatną, staję się obywatelem. O tym pisała Hannah Arendt. To, co robię w tej przestrzeni, wyraża mój stosunek wobec przekonań, które pojawiają się w debacie publicznej. Nie żyję w próżni, mam z nimi do czynienia, więc mimowolnie się do nich ustosunkowuję.

EK: No dobrze, czyli jakie projekty lubisz najbardziej – interwencje społeczne?

WI: Nie zawsze lubię interwencje, bo interwencja zakłada, że jest źle i trzeba szybko zareagować na taki stan rzeczy, żeby go zmienić. Lubię projekty, które nie dokonują rewolucji, ale są metarelacyjne, to znaczy takie, w których korzystając z relacji już zastanych, tworzymy nowe. Na przykład kiedy klub seniora urządza poranki-czytanki dla przedszkolaków. Proste, prawda? Banalne? Dla mnie szczególnie pociągające, bo w tym wszystkim to seniorzy inicjują działanie po to, by ostatecznie niemal zupełnie o sobie zapomnieć – bo to dziecko będzie decydować, czy czytanka mu się podoba, to dziecko będzie obdarzać seniora swoją uwagą, to do niego trzeba będzie dostosować tembr głosu itd. Ja po prostu lubię te projekty, w które jesteśmy bardzo mocno zaangażowani – do tego stopnia, że w pewnym momencie zapominamy o swojej obecności, ona staje się tylko narzędziem do tworzenia sytuacji animacyjnej, budowania relacji.

EK: Co w takim razie jest dla ciebie najważniejsze w animacji społeczno-kulturowej?

WI: Obserwacja i obecność. Spotkanie. Trzeba wyjść do ludzi i ich poznać, zaprzyjaźnić się z dzieciakami, zagrać z nimi w piłkę, pogadać o życiuz księdzem, z kimś innym zatańczyć podczas festynu. Animacja to rodzaj towarzyszenia, trochę z perspektywą majeutyczną, kiedy wydobywamy z drugiego człowieka to, co w nim tkwi i co stanowi wiedzę na temat danej sytuacji, danego miejsca czy właśnie tego człowieka.Trzeba umieć przypatrywać się ludziom i wyczuć, kiedy ktoś potrzebuje rozmowy, a kiedy po prostu słuchacza, innym znów razem – porady albo wspólnego wymyślania działań. Poza tym ogromnie ważne jest przygotowanie – nie można iść do kaletnika i pytać, czym on się właściwie zajmuje. Animator to wieczny uczeń, wieczny poszukiwacz informacji i wiedzy.

Pamiętajmy również, że mimo wszystko w działaniach animacyjnych to nie animator jest najważniejszy, ale grupa, z którą pracuje. Może narażam się teraz środowisku animatorów w Polsce, ale uważam, że sama obecność animatora w danej społeczności może być bezimienna, musi być ucieleśniona i aktywna, ale nie jest ważne, jakie nazwisko za nią stoi. Ważne jest, żeby umieć wsłuchać się w grupę, podążać za nią, za dynamiką miejsca. Obserwować. I dać sobie czas. Działanie wymaga czasu, to nie jest widowisko.

EK: Dziękuję za rozmowę!

fot. Wera Idzikowska