>

Rozmowa z Łukaszem Przybyło, uczestnikiem projektu „DIY. Tryb warunkowy”:

…ta praca, to często pomaganie innym, a pomaganie może wzmacniać nas samych. To ważne, że ktoś da ci pozytywną informację zwrotną po warsztatach albo po jakiejś akcji. Cieszy, że to, co robisz, spotyka się z docenieniem, serdecznością. Że widzisz zmianę w ludziach lub w przestrzeni. Budujesz relacje, to też wzmacnia, hartuje.

Wera Idzikowska: Pamiętam, jak dwa, trzy lata temu, kiedy koordynowałam w Małopolskim Instytucie Kultury program edukacji teatralnej „Dilettante”, zadzwoniłeś do mnie i dokładnie wypytałeś o zajęcia w ramach kursu szkoleniowego dla animatorów teatralnych. Niestety wtedy nie mogłeś wziąć udziału w kursie ze względu na inne zobowiązania. Po latach znowu mamy przyjemność ze sobą rozmawiać – tym razem spotykamy się w ramach projektu skierowanego do animatorów społeczno-kulturowych, w którym bierzesz udział. Dlaczego zgłosiłeś się do programu „DIY. Tryb warunkowy”? Przecież nie dotyczy on stricte teatru.

Łukasz Przybyło: Kiedy przeczytałem na stronie Małopolskiego Instytutu Kultury informację o rekrutacji do programu, zaintrygowała mnie – wreszcie pojawił się program wielomodułowy dla animatorów: i warsztaty, i współpraca z bardzo doświadczonym animatorem, i realizacja własnego projektu. Pomyślałem wtedy, że to oferta dla mnie. Jestem animatorem, działam i wciąż chcę się rozwijać, chcę się uczyć, doświadczać, poznawać ludzi, wymieniać się informacjami i inspiracjami. Teatr to moja pasja i wokół niego chciałbym działać i tworzyć wydarzenia, ale nie oznacza to, że nie mogą się one łączyć z innymi narzędziami. Poza tym fajnie konstruować z pomocą teatru działania o charakterze społecznym.

WI: Powiedziałeś, że „jesteś animatorem”. Co to dla ciebie znaczy?

ŁP: Hm, „animator” to bardzo szerokie pojęcie. Kiedyś animatorem był dla mnie ktoś, kto inicjuje pewne działania kulturalne czy edukacyjne, raczej wydarzenia, takie jednorazowe eventy społeczno-kulturalne, na przykład organizuje wystawy, koncerty, gry terenowe. Ale też ktoś, kto podczas takich wydarzeń włącza do działania uczestników – prowadzi jakiś warsztat, chodzi na szczudłach i zachęca do wspólnych zdjęć. Tym wydawała mi się animacja społeczno-kulturowa jeszcze jakiś rok temu.

WI: A teraz – czy coś się zmieniło?

ŁP: Teraz myślę o animacji szerzej. Widzę, że jest pewnym procesem, że działania animacyjne powinny być obliczone na dłuższy czas, wtedy może się coś zadziać, uruchomić, zmienić. Na wszystko potrzeba czasu. Dużo dał mi udział w „DIY. Trybie warunkowym” – poznałem świetnych ludzi, na warsztatach „Narzędziownika” zdobyłem dużo praktycznych informacji, ale też dowiedziałem się o wielu innych możliwościach doszkalania się, uczestniczyłem dzięki temu w Szkole Pedagogów Teatru w Warszawie. Kiedy patrzy się na harmonogram projektu, to ten czas nie wydaje się taki intensywny, a jednak – bardzo dużo się działo poza samym projektem, ale dzięki ludziom, których tu poznałem. Spotkania, wspólne podróże, warsztaty, festiwale.

WI: Od wielu lat starasz się organizować rozmaite akcje, wydarzenia, spotkania kulturotwórcze i wokół kultury dla ludzi z Dębna i okolic. Jak wygląda praca animacyjna w twojej społeczności?

ŁP: Przede wszystkim trzeba powiedzieć, że jest to praca „pomiędzy”, to znaczy, że z jednej strony jestem w środku społeczności – ja tu mieszkam, stąd pochodzę, a z drugiej strony nieustannie poszukuję inspiracji i wiedzy poza miejscem mojego zamieszkania,  też po to, żeby spojrzeć na swoją społeczność i na swoją pracę z dystansu. Oczywiście praca tutaj polega na ciągłym proponowaniu tej społeczności rozmaitych wydarzeń i pokazywaniu możliwości – co wynika z braku przyzwyczajenia lub chęci  ludzi do czynnego uczestnictwa w kulturze,  Być może wynika to również z tego, że niewiele działań w tym obszarze było skrojonych na ich potrzeby i odpowiadało ich oczekiwaniom. W moim regionie w sferze kultury w porównaniu z innymi obszarami wiejskimi dużo się dzieje.  Mamy wiele cyklicznych imprez kulturalnych, ten kalendarz jest pod tym względem bogaty. Mamy  piękny zamek, a w nim działające i otwarte na działania kulturalne muzeum. Jest centrum kultury z ciekawą ofertą dla młodych ludzi. Sporo się dzieje, ale często nie są to wydarzenia dla lokalnej społeczności, a bardziej dla przyjezdnych. Wyzwaniem jest wiec zaangażować do udziału w życiu kulturalnym tutejszą społeczność. Myślę, że to jest uniwersalny problem małych miejscowości, wsi. Może  takie trudności w przyciągnięciu lokalnej społeczności polegają na tym, że różne grupy  rzadko są pytane przez organizatorów wydarzeń czy działań kulturalnych o to, czego tak naprawdę oczekują i w czym chcieliby uczestniczyć. Przykrym zjawiskiem, także utrudniającym te działania, jest odpływ ludzi do dużych ośrodków. Młodzi wyjeżdżają na studia, a potem już zostają w dużych miastach. To często powoduje, że nie ma z kim współpracować, z kim działać.

WI: Widzisz dla siebie jakąś określoną rolę w tej społeczności?

ŁP: Tak, jestem i dalej chcę być inicjatorem działań, menedżerem kultury, koordynatorem projektów społecznych. Mniej odnajduję się w aktywnościach instruktorskich, choć czasem występuję w takiej roli. Uwielbiam pracę z ludzmi. Młodzieżą, dorosłymi, seniorami. W pracy zawodowej często realizuję się jako trener, pedagog. Nie jestem artystą, nie działam na polu artystycznym, bardziej wspieram, inspiruję, angażuję, łączę potencjały, tworzę projekty interdyscyplinarne, do których zapraszam artystów, działaczy, innych animatorów i menadżerów kultury. Zrobiłem wyjątek tylko dla swojej pasji – prowadzę grupę teatralną.

WI: Kiedy projektowaliśmy „DIY. Tryb warunkowy”, uznaliśmy w Małopolskim Instytucie Kultury, że kluczowe dla działań kulturotwórczych w danej społeczności jest to, żeby miały swoje continuum, żeby projekty nie kończyły się krótkim „dziękuję, do widzenia”, ale budowały sieci pomostów i powiązań do dalszej pracy. To sugerowało, że twórcy tych kontynuacji powinni pracować na miejscu, być z tym miejscem związani w dłuższej perspektywie – najlepiej, jeśli będą mieszkańcami danego obszaru. Jakie znaczenie dla ciebie i twojej pracy ma fakt, że pochodzisz z Dębna, w którym działasz?

ŁP: Jest wiele plusów takiej sytuacji. Chociażby możliwość kontynuacji działań, o której mówisz. Poza tym rozpoznawalność w danej społeczności – to, że stąd jestem, to, że tu działam, powoduje, że nie jestem już anonimowy. Kiedy wchodzę do jakiejś instytucji, ludzie mnie rozpoznają, kojarzą jako kogoś, kogo można wesprzeć, z kim można porozmawiać, można mu zaufać. Dużym ułatwieniem jest również znajomość specyfiki miejsca. Oczywiście są też sytuacje trudne, zabierające energię i chęci. Nie wszyscy wierzą w dobre intencje, zdarza się słyszeć głosy, że nie robię tego za darmo albo, że np. „on musi mieć w tym jakiś interes”… Jednak udane działania, zrealizowany projekt i dobre słowo przywracają sens tym wysiłkom.  Ale pamiętajmy, że długoletnia obecność w danym miejscu może skutkować tym, że tracisz pewien dystans. Jesteś tu „aż za bardzo”… Dlatego tak ważne jest spojrzenie z innej perspektywy. Trzeba nieustannie się rozwijać, szukać inspiracji, być otwartym na drugiego człowieka, ale też pozwolić sobie na przerwę w działaniu, żeby móc przyjrzeć się temu, co już się wydarzyło.

Fascynuje mnie tradycja, kultura wsi, duchowość, religijność. Ostatnimi czasy coraz bardziej tęsknię za polską wsią z dzieciństwa. Takiego świata rodem z obrazów Chełmońskiego, którego już praktycznie nie ma. W tym widzę przestrzeń działania dla siebie – łączenie tego, co było z tym, co jest teraz. Albo przynajmniej próba łączenia, konfrontacji tradycji z nowością. Nie wyobrażam sobie  tworzenia działań kulturalno–społecznych skierowanych do wsi i małych miejscowości bez mocnego zakorzenienia w tych w miejscach. Dlatego tak ważne, żeby tu być.  Oczywiście, żyjąc w danej społeczności,  jest się uwikłanym w rozmaite konflikty społeczne, różne grupy interesów chcą cię mieć po swojej stronie albo robią ci krecią robotę. Zwykle kiedy ktoś wykazuje energię i chęci do działania, jest aktywny, pojawiają się głosy, że robi to w jakichś profitów – na przykład promuje siebie w kontekście obecności politycznej. Pojawia się wówczas nieufność, niektóre grupy czy działacze trzymają go na dystans, nie chcą współpracować, nie informują o tym, co robią lub co zamierzają. To niestety podcina skrzydła i wysysa energię…

WI: To, o czym mówisz, jest szalenie ważne, w środowisku animatorów poza sukcesami i dobrymi praktykami są jeszcze inne kategorie do rozmowy: zazdrość, rywalizacja a współpraca, motywacja, samotność, frustracja, pieniądze… Przestańmy mówić w retoryce altruistycznej misji i ciągłych sukcesów, zacznijmy rozmawiać po ludzku.

ŁP: To są prozaiczne rzeczy, niekiedy małostkowe.  Jednak funkcjonujemy i działamy  w określonych realiach.  I mają one także wpływ na efekty naszych inicjatyw. Mówiąc „naszych” mam na myśli inicjatywy wielu innych animatorów, liderów rozsianych w małych lokalnych ośrodkach, którzy robią fantastycznych rzeczy. Myślę, że naprawdę  warto wspierać animatorów społeczno – kulturowych z tych miejsc, przykładowo zapraszając ich do projektów takich jak „DIY. Tryb warunkowy”.  Dla nas bardzo ważnajest promocja naszych działań, budowanie sieci kontaktów, superwizja, organizacja wspólnych spotkań – forów wymiany doświadczeń, praktyk itp.

WI: Bycie lokalnym animatorem społeczno-kulturowym nie należy do najłatwiejszych żywotów, jak widać. Dlaczego właściwie chcesz to robić?

ŁP: Bo jest bardzo dużo pięknych rzeczy związanych z tym, co robię. Choćby pewien rodzaj swobody działań, doświadczania, poznawania – bycie animatorem nie jest tak mocno obwarowane ramami instytucjonalnymi, że przykładowo pracujesz od do. Z tego też może wynikać problem z określeniem pracy animatora mianem zawodu! [śmiech] Poza tym ta praca, to często pomaganie innym, a pomaganie może wzmacniać nas samych. To ważne, że ktoś da ci pozytywną informację zwrotną po warsztatach albo po jakiejś akcji. Cieszy, że to, co robisz, spotyka się z docenieniem, serdecznością. Że widzisz zmianę w ludziach lub w przestrzeni. Budujesz relacje, to też wzmacnia, hartuje. Wiesz, jeśli się lubi to, co się robi, to się nie przepracuje żadnego dnia!

WI: A największe marzenie?

ŁP: Stworzenie aktywnego centrum animacji społeczno-kulturowej, opartej o tradycję wsi i jej duchowość….Wierzę, że powstanie  już w 2016…

WI: Trzymam kciuki! Dziękuję za rozmowę.

ŁP: Ja także dziękuję za rozmowę i Twoje zaangażowanie w ten projekt.

fot. Wera Idzikowska