>

Rozmowa z Kasią Dorotą, animatorką coachką w projekcie „DIY. Tryb warunkowy”:

Zachód daje mi poczucie, że naprawdę wiele rzeczy jest możliwych, a Wschód przynosi pokorę – pokazuje, że zmian społecznych nie można wprowadzać ot tak, bez indywidualnej pracy z ludźmi i przesuwania razem z nimi  granic tego, co jest możliwe. W Polsce nie do końca doceniamy to, jak dużo możemy!

Wera Idzikowska: Kiedy zadzwoniłam, żeby zaprosić cię do współpracy w projekcie „DIY. Tryb warunkowy” i trochę o nim opowiedzieć, wysłuchałaś mnie, po czym skonstatowałaś, że właśnie o tym ostatnio myślisz w kontekście swojej pracy animacyjnej. To było miłe, pomyślałam, że może ten eksperyment animacyjny ma w sobie sens, skoro niezależnie od siebie myślałyśmy o takim działaniu.

Kasia Dorota: Tak, kiedy usłyszałam, że w ramach projektu „DIY. Tryb warunkowy” chcecie pracować z lokalnymi animatorami społeczno-kulturowymi w małych miejscowościach, tam u nich, w miejscu, gdzie działają, od razu wiedziałam, że to jest coś dla mnie, bo od dawna chodziło mi to po głowie.

Ciekawi mnie wspieranie ludzi w ich działaniu,  w kontekście miejsca, w którym działają i które mogę poznać bezpośrednio. Poza tym niesamowitą szansą dla powodzenia tego pomysłu wydała mi się liczba uczestników – ośmioro lokalnych animatorów, każdy animator coach wspierający dwie wybrane osoby. To ogromny komfort pracy dla obu stron i możliwość zindywidualizowania podejścia. W większości projektów, które znam, uczestniczy czasami nawet kilkanaście osób, którymi może zająć się tylko jeden trener. Traci się wtedy możliwość jednostkowego podejścia do uczestników. Szczerze mówiąc, to mnie przede wszystkim „zwabiło” do projektu „ DIY. Tryb warunkowy”.

WI: Co było kluczowe w tej współpracy z dwiema osobami?

KD: Dla mnie ważnym elementem było zbudowanie relacji z uczestniczkami, dopiero wtedy jestem w stanie wejść na poziom rozumienia ich potrzeb w obszarze działań projektowych. Każda z dziewczyn, z którymi przyszło mi współpracować jest inna, ma inny temperament i zainteresowania, ale też inne oczekiwania i potrzeby. Poza tym niesamowicie fascynuje mnie praca z człowiekiem, któremu towarzyszę od momentu powstania jakiegoś pomysłu do realizacji tego pomysłu – kiedy obserwuję, jak krok po kroku usamodzielnia się w podejmowaniu decyzji, jak rodzą się nowe perspektywy i zmienia się jego optyka, widzi szerzej i chce więcej. To daje mi bardzo dużo satysfakcji.

Myślę, że to była „transakcja wiązana”. Bardzo dużo otrzymałam od dziewczyn, z którymi pracowałam. Jednym z przykładów może być to, że pogłębiłam swoją wiedzę na temat funkcjonowania społeczności wsi. Pomimo, że parokrotnie realizowałam projekty na terenach wiejskich, wydawało mi się, że ludzie na wsiach, przez to że mieszkają na niewielkim obszarze, wszyscy się wzajemnie znają. Być może to mylne przeświadczenie wynikało z moich własnych doświadczeń – zwykle, gdy trafiałam do jakiejś osoby, ta rekomendowała mi kolejną i przez to kontakt był znacznie ułatwiony, szło się „po nitce do kłębka”.

Co więcej, dzięki pracy w „DIY. Trybie warunkowym” uświadomiłam sobie jeszcze mocniej, że ludzie żyjący w małych społecznościach są uwikłani w masę rozmaitych powiązań, z którymi niekoniecznie jest im dobrze i które często powstały jeszcze za ich dziada pradziada. Tym bardziej ważne jest zrozumienie powiązań i sytuacji lokalnego animatora. Wydaje się, że to był dobry pomysł, żeby ich stamtąd na chwilę „zabrać”, ”przenieść”, że mogli nabrać powietrza, zdystansować się i wrócić z nowym spojrzeniem na znaną sytuację. „DIY. Tryb warunkowy” dał im taką możliwość. Co miesiąc przyjeżdżali na warsztaty „Narzędziownika” do Krakowa, wiem też, że kiedy odwiedzałaś uczestników projektu, to czasem wybieraliście się na jakieś wycieczki. Myślę, że to jest bardzo ważne w pracy animatora, by być w pewien sposób elastycznym i móc popatrzeć na rzeczy z różnych perspektyw.

Kiedy jedzie się do miejscowości, której społeczność jest trochę zamknięta, może z trochę uśpionym potencjałem, to łatwo można spojrzeć na to miejsce przez pryzmat np. Krakowa. Przychodzą do głowy pomysły, które można byłoby tu zrealizować, ale są to pomysły żywcem wyciągnięte z naszych działań w dużym mieście. Być może, z jednej strony jest to pewien rodzaj braku pokory, ale z drugiej strony – takie nieco bezczelne podejście do małej miejscowości może wyjść na dobre. Mam tu na myśli sytuację, kiedy po prostu nie zna się danego miejsca, nie wie się więc, że czegoś tutaj nie można, „bo nie”. Zaczyna się wtedy działać niejako z rozpędu i okazuje się, że wszystko się udaje. Przypomina mi to pewne chińskie powiedzenie: „Jeśli uważasz, że coś jest niemożliwe, nie przeszkadzaj osobie, która właśnie to robi”.

Wydaje mi się, że czasem nieświadomie popadamy w pychę, że Kraków jest taki super, że tyle się w nim dzieje. Zapominamy, że przez to, że jest tu sporo aktywnych osób, to jest to zdecydowanie łatwiejsze – wparcie merytoryczne czy emocjonalne w działaniach jest często kluczowe dla ich powodzenia. Myślę, że wszystkim dobrze zrobiłaby większa wymiana informacji, inspiracji oraz ludzi pomiędzy takimi mocno aktywnymi środowiskami wielkomiejskimi i mniejszymi ośrodkami. To jest mój apel do aktywistów: porozjeżdżajcie się! Niech wszędzie będzie po równo energii i siły do działania! Oczywiście, to taka moja bardzo ogólna refleksja, wiem, że jest wiele świetnie działających ośrodków twórczych w małych miejscowościach.

WI: Zgadzam się, że powinniśmy tworzyć pewnego rodzaju koalicję kultury czynnej. Częstym zjawiskiem w animacji społeczno-kulturowej jest takie doraźne działanie punktowe miejskich animatorów – wyjeżdżamy z miasta i jedziemy na wieś, żeby równać szanse, tam robimy projekt, jak dobrze pójdzie, to jesteśmy obecni trochę dłużej, jakieś pół roku, a potem pakujemy manatki i wracamy do miasta. Oczywiście nie mówię o tym, że obowiązkiem animatora jest teraz pozostanie na tej wsi i kontynuacja działań, bo jak się powiedziało A, to należy powiedzieć B itd. Mówię po prostu o tym, że w ten sposób rozdrażniamy tylko potencjał wsi – najpierw coś dajemy, nie pokazujemy nikomu, jak to kontynuować, a potem znikamy. I co oni mają z tym dalej zrobić? Dlatego tak ważne w „DIY. Trybie warunkowym” wydaje mi się to, że uczestnicy projektu są zakorzenieni w społecznościach, w których chcą pracować. Dla mnie kluczowe w tym projekcie jest również badanie specyfiki pracy w małych społecznościach – przyjrzenie się trudnościom, ale też możliwościom.

KD: Tak, jasne. Spójrz na przykład na Iwonę Górską, z którą pracowałam. Jej projekt w Ropicy Polskiej i w Szymbarku poruszył większość instytucji kultury w tej okolicy, ściągnęła do niego bardzo dużo okolicznych aktywistów i artystów, zrobiła prawdziwy ferment. Iwona podczas pracy nad swoim projektem była niesamowicie otwarta, wychodziła do ludzi, rozmawiała z nimi, dopytywała. Była w tym wszystkim bardzo elastyczna i nie bała się wyzwań, które się pojawiały po drodze. Była jak magnez na dobre pomysły od ludzi, z którymi współpracowała. Nie dopuszczała do siebie myśli typu: „nie da się”, „może się nie udać”. To spowodowało, że ludzie sami się przed nią otwierali i proponowali jej współpracę. Ja sama bardzo dużo się od niej nauczyłam!

WI: Rzeczywiście, udało nam się stworzyć taką przestrzeń wzajemnie się uczących. To pewnie wynika z naszej optyki, z uznania, że nie jest tak, że mamy skończony zapas przepisów na sukces, spójny i niezmienny system działania, zawsze trzeba  wziąć pod uwagę konkretny przypadek, którym się obecnie zajmujemy. Ale też – własne umiejętności, możliwości, sposób pracy, cele i marzenia.

KD: Oczywiście, każdy z nas jest inny i różne mamy sposoby pracy. Na przykład Karolina Bugajska, druga dziewczyna z którą współpracowałam, miała odmienną strategię działania. Była jak woda, która powoli drąży skałę – nakierowana na cel jaki sobie wyznaczyła, dążyła do niego z niesamowitą siłą i skupieniem. Gratulowałam jej wytrwałości, a trzeba powiedzieć szczerze, że nie miała łatwo. Rozpisała bardzo ambitny i rozbudowany plan zajęć dla dzieci ze swojej miejscowości, zrobiła furorę.

WI: To są różne strategie, obie bardzo interesujące i skuteczne. Zresztą rola lokalnego animatora i sposób jego pracy bardzo mocno sprzęgają się z tym, w jakiej społeczności pracuje.

KD: Tak, każda społeczność ma swoją specyfikę, plusy i minusy. Według mnie animator powinien mieć w sobie ciekawość innych punktów widzenia i otwartość na częste zmiany własnej optyki, żeby móc zobaczyć i zareagować na coś, czego wcześniej nie dostrzegał. Czasem nawet warto – dosłownie! – zmienić miejsce siedzenia, żeby popatrzeć inaczej.

To są zdecydowanie plusy dużych ośrodków. Duże miasta mają proporcjonalnie większy wybór imprez, projektów, działań, akcji, miejsc, ludzi, pomysłów. Tych możliwości, a co za tym idzie też punktów widzenia, jest bardzo bez liku. Środowiska wiejskie lub małe miasta nie mają tak szerokiej oferty uczestnictwa w kulturze. Ale ich ogromnym potencjałem jest większe skupienie i wolniejsze tempo, umożliwiające lepszą obserwację. Wszystkim animatorom lokalnym, zarówno wiejskim jaki wielkomiejskim, radziłabym, żeby co jakiś czas wyjeżdżali poza swoje społeczności, pozwalając sobie na doświadczenie czegoś nowego, a potem wracali i pokazywali to swoim współmieszkańcom – oczywiście zwracając baczną uwagę na możliwości i kontekst lokalny.

To jest trochę jak z metaforą rzeczywistości jako kryształu, który ma wiele ścianek i trzeba czasu, żeby go zobaczyć w całej okazałości. My, ludzie, mamy tendencję do zastygania w jednym punkcie i obserwowania świata tylko z tego punktu, przekonani, że nasze postrzeganie jest obiektywne i jedynie obowiązujące. Animatorom przypada trudne zadanie, żeby tymi zastygłymi punktami trochę poruszyć.

WI: Interesująca w tym kontekście jest twoja mobilność w pracy animacyjnej – pracujesz z ludźmi na Białorusi, Ukrainie, w Polsce, bywasz też w Hiszpanii i innych krajach Europy zachodniej. To na pewno poszerza zakres twojego spojrzenia i widzenia.

KD: Tak, bardzo to lubię i doceniam. Jednym z moich stałych zajęć jest praca w polsko– ukraińsko–białoruskim programie dla młodych początkujących aktywistów. Pracuję również w projektach w Europie Zachodniej. Daje mi to wspaniałą okazję do zmiany punktu widzenia, o której mówiłam wcześniej. Bo różnica między Europą Wschodnią i Zachodnią jest niesamowicie duża. W Hiszpanii czy we Francji bardzo wiele rzeczy jest możliwych, oczywistych. iej, ale na poziomie różnych państw a może raczej można poPoziom zaangażowania oddolnego wśród ludzi w niektórych miastach Europy Zachodniej i w niektórych środowiskach – jest ogromny, czasami do tego stopnia, że będąc w tych miejscach, szeroko otwierałam oczy ze zdumienia. Oczywiście, historia rozwoju społeczeństwa obywatelskiego w tych miejscach jest o wiele dłuższa niż przykładowo historia rozwoju obywatelskiego demosu w Polsce. Mimo tej świadomości, zawsze ta siłą społeczna robi na mnie wielkie wrażenie, szczególnie, kiedy w krótkim czasie przemieszczę się np. z Barcelony do Mińska, tak,  jak to zrobiłam w lecie tego roku. Różnica między aktywnością ludzi w Barcelonie a aktywnością ludzi w Mińsku jest bardzo duża. Takie doświadczenia uświadamiają mi, jak bardzo Polska „jest pomiędzy”.

Myślę, że te wyjazdy są mi bardzo potrzebne. Zachód daje mi poczucie, że naprawdę wiele rzeczy jest możliwych, a Wschód przynosi pokorę – pokazuje, że zmian społecznych nie można wprowadzać ot tak, bez indywidualnej pracy z ludźmi i przesuwania razem z nimi  granic tego, co jest możliwe. W Polsce nie do końca doceniamy to, jak dużo możemy!

WI: Dziękuję za rozmowę!

fot. Wera Idzikowska