>

Rozmowa z Katarzyną Mroczek, uczestniczką projektu „DIY. Tryb warunkowy”:

…ja dopiero wszystko sobie układam, robię miejsce dla tej wiary w siebie. Teraz najbardziej chciałabym uporządkować własne oczekiwania i zainteresowania…

Wera Idzikowska: Pracujesz w korporacji, ale postanowiłaś zgłosić się do projektu dla animatorów społeczno-kulturowych. Dlaczego?

Katarzyna Mroczek: Podkusiła mnie koleżanka, która wysłała mi link z informacją o rekrutacji do „DIY. Tryb warunkowy”. Często rozmawiałyśmy o tym, co chciałabym robić, jak bardzo denerwuje mnie to, co dzieje się albo nie dzieje w Brzeziu, gdzie mieszkam. Koleżanka trafiła w punkt, zgłosiłam się.

WI: Co takiego cię denerwuje?

KM: Stagnacja. Brzezie to miejscowość podkrakowska, można powiedzieć, że jesteśmy taką podmiejską społecznością, ale to, co w Krakowie, bardzo różni się od tego, co w Brzeziu – u nas oferta kulturalna jest znikoma. Zdawałoby się, że przyczyną jest właśnie ta niewielka odległość od Krakowa i że ludzie dojeżdżają, żeby skorzystać z różnych warsztatów, zajęć, wziąć udział w rozmaitych imprezach czy wydarzeniach. Ale to pobożne życzenie – dorośli wracają z pracy, dzieciaki wracają ze szkoły i nikomu nie chce się już zasuwać do Krakowa. W weekendy też nie jesteśmy tacy skorzy do wyjazdu, chcemy odpocząć. Niektórzy nie mają też możliwości finansowych. Dzieci nie są mobilne, nie wolno im samym jeździć do Krakowa autobusem z uwagi na ich bezpieczeństwo. Zresztą autobusy kursują bardzo rzadko.

Na całą gminę przypada jeden dom kultury. Czyli z dyspozycji lokalnych władz funkcjonuje jeden ośrodek, który ma odpowiedzieć na zapotrzebowanie kulturalne wszystkich mieszkańców gminy. Kiedy pojawia się informacja o zapisach na jakiekolwiek warsztaty tematyczne dla dzieci, okazuje się, że miejsca na te warsztaty są często wyczerpane,jeszczezanimoferta promocyjna pojawi się w szkole. Dlaczego? Bo tych miejsc jest niewiele, instruktor nie jest w stanie przyjąć wszystkich dzieciaków z gminy na swoje zajęcia. W ten sposób na zajęcia uczęszczają przeważnie te dzieci, których rodzice znają się z instruktorem lub z kimś z domu kultury i dowiedzieli się o zajęciach bezpośrednio od nich. Dla tych, którzy przeczytają informację na stronie domu kultury, może nie być już miejsc.

WI: Ofertę domu kultury stanowią przede wszystkim warsztaty tematyczne?

KM: Tak, różne warsztaty – plastyczne, taneczne, takie koła zainteresowań. Jest też świetlica środowiskowa w Brzeziu, ale ona działa przez dwie godziny dwa razy w tygodniu, to zdecydowanie za mało wobec oczekiwań rodziców. W szkole odbywają się również zajęcia pozalekcyjne, na które zapraszani są różni prowadzący, ale one zwykle są płatne i nie wszystkich rodziców na nie stać. Jak widzisz, oferta kulturalna dla dzieci pozostawia wiele do życzenia.

WI: No dobrze, ale ty przecież w ramach „DIY. Tryb warunkowy” zdecydowałaś się na prowadzenie działań dziennikarskich z młodzieżą, a nie z dzieciakami. Dlaczego?

KM: Chyba chciałam być konsekwentna. I trzymać się tego, co wymyśliłam jako propozycję działania, kiedy wysyłałam swój formularz zgłoszeniowy do projektu. Minigrant, który otrzymaliśmy na działania lokalne, był na tyle niewielki, że pomyślałam, że skoro nie mogę sobie pozwolić na zatrudnienie zbyt wielu osób, to dużo działań wezmę na siebie – w dziennikarstwie czułam się dobra i wydało mi się, że z młodzieżą będę mogła więcej zdziałać w tym obszarze. W praktyce okazało się, że te działania dziennikarskie z młodzieżą nie wyszły tak, jak sobie zaplanowałam, ale to nie zmienia faktu, że wiele się nauczyłam dzięki temu działaniu.

WI: Czego się nauczyłaś?

KM: Na pewno dzięki wymyślaniu lokalnego działania w ramach programu „DIY. Tryb warunkowy” i potem dzięki jego realizacji zaczęłam rozumieć, co to znaczy myśleć i działać projektowo. Dowiedziałam się również, że mam sporo dobrych pomysłów – tak ostatnio usłyszałam. Myślę, że pomysły miałam zawsze, ale też zawsze miałam problem z tym, jak je realizować. Nie wiedziałam, jak się do tego zabrać, albo wydawało mi się, że nie wiem. Wiesz, ja nie czuję się specjalistką… To mnie ciągnie w dół. To powoduje też, że nawet jeśli ktoś zaproponuje mi jakieś wspólne działanie, ja mam w sobie opory, boję się, nie jestem pewna swoich umiejętności i wiedzy. Kiedy zaproszono mnie do współorganizacji comiesięcznej wymiany ciuchów, która odbywa się w Młynie Zabierzów, byłam zachwycona – sama zaproponowałam, żeby dotyczyła ciuchów dla dzieci, stworzyłam tekst na wydarzenie na Facebook’a Młynu, zrobiłam zdjęcie… Ale dopiero gdy zobaczyłam, że wydarzenie rzeczywiście pojawiło się na Facebook’u, że jest tam mój tekst i fotografia, to uwierzyłam, że mogę, że coś ode mnie zależy, że inni widzą we mnie potencjał.

WI: To jest kategoria, o której wielokrotnie rozmawialiśmy na spotkaniach „DIY. Trybu warunkowego” – wiara w siebie. Bo tu już nawet nie chodzi o to, czy inni wierzą w ciebie, w to, że coś potrafisz, ale o to, żebyś ty sama w to uwierzyła, żebyś poczuła, że możesz, że potrafisz.

KM: Tak, zdecydowanie, ja dopiero wszystko sobie układam, robię miejsce dla tej wiary w siebie. Teraz najbardziej chciałabym uporządkować własne oczekiwania i zainteresowania, to również dla mnie niełatwe – pisanie, kulinaria, fotografia, aktywizm. Chciałabym to wszystko jakoś ze sobą połączyć. Nawet mam takie marzenie, żeby prowadzić aktywną kawiarnię w mojej okolicy, taką, w której ludzie mogliby się spotykać nie tylko na kawę, ale po to, żeby coś wspólnie zrobić, czymś się wymienić, o czymś podyskutować. W Młynie Zabierzów jest taka fantastyczna przestrzeń na kawiarnię, tylko skąd wziąć pieniądze? Wiesz, ja w tym zabierzowskim Młynie, który jest przecież tak niedaleko Brzezia, byłam po raz pierwszy właśnie w trakcie „DIY. Trybu warunkowego”. Potem zabrałam tam moją siostrę, uczestników mojego projektu. Każdy zatrzymywał się w Młynie i zaskoczony mówił: tu jest świetnie, tutaj przyszłabym/przyszedłbym na kawę/na warsztaty/na imprezę! To jeszcze bardziej utwierdza mnie w przekonaniu, żeby robić, działać! Żeby tworzyć lub współtworzyć takie miejsca jak Młyn Zabierzów.

WI: Świetny przypadek młyna w Zabierzowie nie jest historią odosobnioną. Działania kulturotwórcze i inicjatywy społeczne często znajdują dla siebie miejsce w przestrzeni innej niż tradycyjny ośrodek kultury – w poznańskich Jeżycach działa centrum kulturalne w starym kiosku, w pobliżu toruńskich Gniewkowa i Markowa dość długo funkcjonował mobilny dom kultury ulokowany w barakowozie. W Polsce rośnie wspaniała kultura oddolna, która chce solidaryzować się wokół idei, a niekoniecznie wokół budynków, dlatego wszystkie te miejsca – i młyn, i kiosk, i barakowóz –zanim wystartowały, wymyśliły dla siebie pewną ideę fix, do której pomysłodawcy zaprosili chętnych. Ludzie często narzekają, że nie chodzą do tradycyjnych domów kultury, bo tam jest nieprzyjemnie, bo te przestrzenie nijak nie wpisują się w aktualne trendy. Ja myślę, że nie jest problemem dokonanie zmian w samej przestrzeni, większym problemem tych ośrodków kultury jest stworzenie pomysłu na siebie, pewnej idei, która mogłaby wytyczać ścieżki działania takiego ośrodka. Jeżeli nie ma takiej idei – i nie mówię tu o cudownie brzmiącym frazesie „rozwijania kreatywności wśród dzieci i młodzieży” albo „przybliżania mieszkańcom kultury” – to dom kultury funkcjonuje jak typowa placówka konsumencka: są warsztaty, przychodzę, płacę, biorę udział, wychodzę i do widzenia, nie mam tu czego więcej szukać.

KM: Tak, ja w ogóle odnoszę wrażenie, że sporo domów kultury wciąż pracuje w oparciu o dość przestarzały już model kół zainteresowań. Ewentualnie organizuje jeszcze jakieś doroczne uroczystości i spotkania dla seniorów, które bywają dość infantylizujące. Rzadko pojawia się jakakolwiek oferta dla ludzi w wieku 30–55 lat. Wymyśliłam sobie nawet, że gdybym prowadziła swoją kawiarnię, to chciałabym tam organizować przeróżne akcje dla dorosłych: wymienniki rzeczy, ale też umiejętności, warsztaty coachingowe oraz dyskusje i wspólne decydowanie o tym, co może się w takim miejscu wydarzyć i czego obecnie potrzebujemy.

WI: No tak, w tych knajpiano-kawiarnianych okolicznościach rodzą się często inicjatywy oddolne, programy rozwojowe, zawiązują się grupy inicjatywne, stowarzyszenia… Świetny pomysł! Rozmawiamy o różnych trudnościach i możliwościach, a ja chciałabym wrócić jeszcze do twojego udziału w projekcie „DIY. Tryb warunkowy” i zapytać cię o pozytywne doświadczenia. Powiedz – co było dla ciebie najprzyjemniejsze podczas realizacji autorskich działań w twojej społeczności lokalnej?

KM: Najprzyjemniejsze było dla mnie dogrywanie finału. Nie dlatego, że cieszyłam się, że uff, to już koniec, ale dlatego, że to był taki szczególny moment, kiedy poczułam, że jestem w swoim żywiole. Wcześniej podsumowałam sobie to, co się wydarzyło w trakcie moich działań – wiesz, podczas całego projektu przeżyłam mnóstwo chwil załamania, myślałam, że mi to w ogóle nie wyszło, nawet chciałam się wycofać, nie wiedziałam, co dalej i jak, na warsztatach pojawiało się niewiele osób i energia wydawała mi się spadkowa… Myślałam, że może nie do końca potrafię rozmawiać z młodzieżą… A potem – boom! – finał! Nawiązałam kontakt z nauczycielkami klasy medialnej w gimnazjum z pobliskiej Rząski, więc przyszło sporo młodzieży; odbyło się też ciekawe slajdowisko z chłopakiem, który z Brzezia pojechał na rowerze do… Maroka; młodzież bardzo wkręciła się w dyskusję. Poczułam wtedy, że może jednak wydarzyło się coś ważnego.

Fajne były dla mnie również te momenty, kiedy opowiadałam swoim znajomym z pracy o tym, co robię poza nią.

WI: Nie miałaś z tym kłopotu? W środowisku animatorów ciągle pojawia się zagadnienie języka: jak mówić o tym, co robimy, żeby właściwie określić to, co robimy, i żeby było to czytelne na zewnątrz, żeby sens zdań, które wypowiadamy, był zbieżny z sensem zdań, które odczytują niezaangażowani w animację adresaci.

KM: Tak, to było trudne, ale przede wszystkim było fajnym doświadczeniem – byłam ciekawa, jak ludzie zareagują na to, co wyprawiam. I wiesz, znajomi, którym opowiadałam o swoich działaniach, zrobili mi taki szeptany marketing – teraz wszyscy w Brzeziu i nie tylko wiedzą, że działam, doszły mnie nawet pogłoski, że jestem hiperaktywna, inspirująca i budzę podziw! [śmiech] To jest dla mnie superokazja, bo zaczęłam być rozpoznawalna w lokalnych kręgach społecznych, co z kolei dało mi odwagę, żeby wystartować do rady sołeckiej, gdzie chcę się zajmować wspieraniem inicjatyw kulturalnych w okolicy.

WI: Świetnie! Czujesz, że jesteś animatorką?

KM: Jeżeli animator to ktoś, kto jest pośrednikiem, przybliża kulturę innym, łączy – tych, którzy robą kulturę, i tych, którzy mogliby w niej uczestniczyć, to mam takie aspiracje. Dla mnie animator to taka osoba, która wartości związane z kulturą potrafi przekazać ludziom, którzy nie mają potrzeby interesowania się czy uczestnictwa w kulturze, animator rozbudza te potrzeby. To taka osoba, która musi najpierw sama się czymś zainteresować, a potem zastanowić się, jak zainteresować innych. Trzeba ciągle być uważnym – na to, co dookoła, na ludzi, na wydarzenia, na ruch w przestrzeni.

WI: Dziękuję za rozmowę!

fot. Wera Idzikowska